500nm

Start   16 września 2018 o godz. 12:00

Archiwum: Październik 2016

Pobitewnie – Rafał Skroński z pokładu Akademii Jachtingu

28 października 2016

W sam raz na deszczowy, jesienny wieczór kilka słów o realizacji żeglarskich pasji oraz starcie w regatach Bitwa o Gotland od Rafała Skrońskiego:

… Emocje pobitewne już powoli opadły. Niezwłocznie po zamknięciu pętli i zakończeniu regat porwał mnie wir prac i wydarzeń lądowych Dopiero teraz udało się znaleźć chwilę czasu na przeanalizowanie trasy, wyciągnięcie wniosków oraz spisanie przemyśleń związanych z udziałem w tym wyjątkowym wydarzeniu. Wyjątkowym z kilku powodów, ale o tym wszystkim poniżej.

BITWA PO RAZ PIERWSZY – decyzja o podjęciu nie była pozbawiona wątpliwości, w końcu to nie weekendowe pływanie po Zatoce Gdańskiej i to w dodatku solo, pośród świetnie przygotowanych i doświadczonych współzawodników. Wizja spędzenia kilku dób na jesiennym Bałtyku, zmagając się z siłami natury oraz własnymi słabościami rozpalała wyobraźnię. Sentencja wypowiedziana ponad wiek temu przez Marka Twain’a: „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.” ma swoją moc i faktem jest to, że gdybym nie spróbował, żałowałbym teraz, jak cholera.

Dni przed startem mijały w szaleńczym tempie, ogrom prac do wykonania przerażał. Do ogarnięcia pozostało przejęcie jachtu Delphia 37 „Akademia Jachtingu VIII”, wyciągnięcie go z wody, mycie, pomiary związane ze świadectwem ORC, przygotowanie jednostki do samodzielnej żeglugi, zakupy, etc. Bezpośrednio przed startem, przy jednostce przez niemal 2 dni pracowały od rana do wieczora 3-4 osoby. Przyjaciele, bez których pomocy byłoby niezwykle ciężko. Mimo wszystko cały czas miałem w głowie myśl, że pośpiech jest najgorszym wrogiem solidnej żeglarskiej roboty i właśnie to nie pozwalało mi cieszyć się komfortem psychicznym bezpośrednio przed startem.

Niestety „nie opływałem” jachtu w takim stopniu, jaki bym uznał za wystarczający – najgorsza wizja to kłopoty techniczne, które zmuszą mnie do wycofania się z regat kilka godzin po starcie. Drugorzędny temat to nautyka jednostki oraz dzielność w różnych warunkach – każda jednostka pływa „inaczej”, wszystkiego trzeba się nauczyć. Wcześniej zrobiłem sporo rejsów na jachcie Delphia 40, przepłynąłem nią kilka tysięcy mil, znam tę konstrukcję bardzo dobrze. W tym momencie do dyspozycji miałem jacht Delphia 37, na którym spędziłem wcześniej całe 2 dni. Niby tylko 3 stopy różnicy w długości jednostek, ale miałem świadomość, że to może zrobić kolosalną różnicę.

Zdecydowanie lżej byłoby zostać armatorem swojej jednostki, dopieszczonej i znanej, jak własna kieszeń, ale z drugiej strony, „kto ma statki, ten ma wydatki” – jeszcze większe, niż te do poniesienia przy tygodniowym czarterze :-) W moim przypadku walka z czasem trwała w najlepsze.

Na pięć dni przed startem prawa Murhpiego (mówiące o tym, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe i to w najgorszym momencie) przypomniały o swoim istnieniu i w środę zakończyłem dzień z 39 stopniową gorączką oraz po konsultacjach rozpocząłem kurację 3 dniowym antybiotykiem. To nie była dobra prognoza, a przecież w planach kilku dobowa żegluga non stop, znikoma ilość snu i świadomość, że nikt nie przyniesie herbatki do kajuty. Gorączkę udało się zbić, organizm wygrywał pierwszą z bitw. Czułem osłabienie, ale to nie był moment, żeby się poddać. Walczymy dalej!

Ostatnia noc przed startem była pełna wątpliwości, ale dużo gorszą oznaką byłby ich brak. Taka sytuacja mogłaby świadczyć tylko o tym, że lekceważę trudności wyzwania, albo wręcz nie jestem świadomy ich istnienia. W międzyczasie należy wspomnieć o czymś absolutnie fenomenalnym, czyli o atmosferze, jaka panowała w przyjaznej Marinie w Górkach Zachodnich. Klimat był niesamowity, zawodnicy, organizatorzy oraz kibice przebywający w Marinie na dzień przed startem tworzyli wręcz idylliczną wspólnotę. Takie mini miasto przepełnione solidarnością, braterstwem, bezinteresownością, to było coś wyjątkowego.

Tutaj też należy napisać o profesjonalizmie, z jakim do regat podeszli organizatorzy. Logistyka była przemyślana, wszystkie informacje przekazywane na czas. Organizatorzy zadbali również o odpowiednie szkolenie z zakresu bezpieczeństwa z przedstawicielami SAR, na wieczór przed startem zawodowy meteorolog przeprowadził analizę sytuacji pogodowej. Wielki szacunek za profesjonalizm.

START!
W niedzielę z samego rana odprawa, oraz fantastyczne pożegnanie przez wspaniałą ekipę najlepszych kibiców i przyjaciół, a później długo wyczekiwane oddanie cum :-) Ruszamy!

Na 7 minut przed startem, wszystkie jednostki stanęły w dryf dla uczczenia pamięci Tomka Turskiego, który zginął tragicznie realizując swoje żeglarskie pasje. Cześć jego pamięci!

Po starcie obieramy kurs pozwalający ominąć Półwysep Helski. Zwarta grupa jachtów płynie prawym halsem idąc ostro na wiatr przy pięknym słońcu. Żegluga przez Zatokę była fantastyczna, to był niezwykły moment, kiedy odpuścił cały stres związany z regatami, a raczej przygotowaniami do nich. Nie od dziś wiadomo, że większość problemów w życiu żeglarzy kończy się właśnie wraz z oddaniem cum :-) U mnie również nastąpiło cudowne uzdrowienie. Poczułem, że jestem we właściwym miejscu, szczęśliwy.

Po minięciu Półwyspu, lekka korekta kursu na bardziej pełny i próby wykrzesania z jednostki maksymalnej prędkości. Jeszcze przed północą mijałem platformę wiertniczą Petro Balticu, korzystając z uprzejmości można było złapać zasięg 3G oraz ściągnąć najświeższe prognozy online. Aż do wchodu słońca udawało się „jechać” w niewielkiej odległości od doświadczonych samotników na jachtach Quick Livener, Bussy Lizzy, True Delphia, Delphia III. Później wiatr zaczął delikatnie odkręcać na północny oraz tracił na sile. Płynąc dalej zmuszony byłem coraz bardziej kierować się w stronę Olandii.

Po południu drugiego dnia regat popełniłem strategiczny błąd. Źle przewidziałem sytuację meteo i łudząc się, że w środkowej części trasy pomiędzy szwedzkimi wyspami wiatr przybierze na sile i pozwoli wspiąć się szybciej na północ. Niestety tak nie było. Było tylko gorzej, ze względu na zmieniający kierunek, słabnący wiatr. W związku z tą błędną decyzją nadłożyłem do trasy kilkanaście Mm oraz kilka godzin. Stawka zaczęła się oddalać.

Niestety tę partię szachów na wodzie muszę zaliczyć do przegranych. Nie jest wielką sztuką żeglować szybko w silnych wiatrach, sztuką jest robić to, kiedy wiatru jest mało i „kręci”. Stanie w strefach ciszy w regatach na trasie powyżej 500Mm jest niezwykle irytujące, a flauty są dużo cięższe do zniesienia, niż wielkie fale oraz silne wiatry.

Trzeciego dnia regat nad ranem, wiatr wykorzystując efekt dyszy nad wyspą zaczął wiać z siłą ok. 20 węzłów. Oczywiście z kierunku przeciwnego, tym samym zmuszając do halsowania. Mozolne wspinanie się na północ wyspy trwało ponad dobę. Myślałem, że ta walka się nigdy nie zakończy i zostanę w Szwecji już na zawsze. Jak na złość, na samej północy Gotlandii, znów trafiłem na strefę ciszy trwającą ok. 2 godzin. Wtedy też nadchodziły pierwsze myśli, aby zacząć naukę języka szwedzkiego oraz poczytać trochę więcej o kulturze Skandynawów. Skoro już tyle czasu spędzam korzystając z gościnności ich wód terytorialnych, taka wiedza może się przydać. Na szczęście wiatr się wzmógł, około godziny 14 minąłem północny znak kardynalny. Za nim skierowałem dziób swojego jachtu na południe. Po kolejnych dwóch dobach, halsując się baksztagami przy wiatrach o sile 8-12 kn, udało się minąć Półwysep Helski. Finalnie po 124 godzinach i 30 minutach, przeciąłem linię mety w Gdańsku Górkach Zachodnich.

Na mecie przywitała mnie ekipa składająca się z organizatorów oraz przybyłych na metę wcześniej zawodników, a cumy odebrali ode mnie nietracący nadziei na mój powrót przyjaciele. Wpływając na metę jako jeden z ostatnich uczestników byłem przywitany jak bym przypłynął co najmniej w pierwszej trójce albo wrócił z udanego rejsu dookoła świata :-) To było niezwykle piękne, nawet wzruszające. Potwierdziło się to, że w tych regatach nie ma przegranych, każdy kto zamknął pętle jest zwycięzcą. Wielki szacunek należy się również tym, którzy podjęli walkę, ale z powodów technicznych nie mogli ukończyć regat.

Czuję wielką satysfakcję oraz radość, udało się zamknąć pętle dookoła Gotlandii – podstawowy cel został osiągnięty. Z drugiej strony brałem udział w regatach i to bardzo specyficznych, gdzie mimo wszystko każdy z zawodników startował z nadzieją na zwycięstwo. W tym wymiarze niestety dostałem solidne baty od współzawodników. Tegoroczna bitwa to była bitwa strategii oraz taktyk pływania w słabych wiatrach, wykorzystując każdy podmuch dla uzyskania jak największej prędkości. Wyścig wygrali najlepsi i im należy się chwała.

Od początku do startu w Bitwie o Gotland podchodziłem z należytym poszanowaniem. Start traktowałem jako wielkie wyzwanie oraz test, który pokaże ile jeszcze przede mną nauki, aby móc pływać jak najszybciej w wersji solo. Nauki jest sporo, ale jeszcze wszystko przede mną i mam nadzieję, ze do kolejnych edycji przygotuję się znacznie lepiej. Pokornie i niezłomnie walczymy dalej!

Jeszcze jednym, wręcz najważniejszym założeniem było, aby powrócić na metę przed 25.09.2016. W tym właśnie dniu miałem zostać Ojcem Chrzestnym Emilki, córeczki moich najlepszych przyjaciół. Udało się i w niedzielę półtorej doby po minięciu linii mety stawiłem się punktualnie w Kościele :-)

Jeszcze kilka słów o jachcie. Delphia 37 „Akademia Jachtingu VIII” była moim największym sprzymierzeńcem tych regat. Jak napisałem już wcześniej, największe obawy związane były z nikłą znajomością jednostki. Nie znałem jej słabych punktów i awaria teoretycznie mogłaby przytrafić się w najmniej odpowiednim czasie. Jednostka ze stoczni Delphia Yachts, utrzymywana w dobrym stanie przez swojego obecnego armatora Macieja Biechowskiego, z zaprzyjaźnionej firmy Akademia Jachtingu, nie zawiodła mnie w żadnym momencie regat.

Na zakończenie jeszcze raz wielkie podziękowania dla ekipy, która pomogła mi przygotować jacht bezpośrednio przed startem. Szczególne podziękowania dla Marine Works oraz DOMETIC MARINE za pomoc w realizacji moich pasji oraz chęci angażowania się w tego typu imprezy. Chylę czoła, bez waszego zaangażowania start byłby niemożliwy.

Pozdrawiam, Rafał! „

s/y Sunrise zatonął na Bałtyku

20 października 2016

Dziś nad ranem, o godzinie 05.09 Morskie Ratownicze Centrum Koordynacyjne w Gdyni odebrało sygnał wzywania pomocy z pokładu jachtu „Sunrise” należącego do Krystiana Szypki. Na jachcie znajdował się kapitan Jacek Zieliński, jeden z pomysłodawców i organizatorów Bitwy o Gotland.

W początkowym komunikacie SAR nastąpił błąd i mylnie podano nazwę jachtu jako Quick Livener. Było to związane z tym, że sygnał jaki odebrali ratownicy pochodził z osobistego nadajnika PLB należącego do Jacka. 

SY SUNRISE RADEK KOWALCZYK FOT KATARZYNA KOJ

s/y Sunrise w czasie Bitwy o Gotland 2014

W momencie nadania sygnału „Sunrise” znajdował się 20 Mm na północny wschód od Helu. O godz. 07.35 ratownicy z jednostki m/s „Sztorm” podjęli z tratwy oczekującego na pomoc żeglarza. Według informacji od niego uzyskanych, ok. godz. 0200 na jachcie wybuchł pożar, prawdopodobnie w wyniku spięcia instalacji elektrycznej. Ok. godz. 0300 „Sunrise” zatonął. O godzinie 0910 Jacek Zieliński został przekazany załodze karetki w porcie Hel. Przebywa w szpitalu z objawami hipotermii.

Krystian Szypka, właściciel Sunrise, poinformował, że Jacek odbywał samotne treningi na Bałtyku w związku z planami startu w regatach OSTAR.

W pogoni za resztą – BoG z pokładu Skotch’ka

4 października 2016

Najważniejsza impreza żeglarska sezonu zakończona. Wiem że zainteresowanie tymi trudnymi regatami było spore i trochę osób mi kibicowało, to pewnie jesteście ciekawi relacji z pierwszej ręki.

Sobota przed startem upłynęła na przygotowaniach – zmiana żagli/instalacja wytyku do genakera/ wynoszenie masy niepotrzebnych gratów,  pakowanie… taka mała masa roboty …udało się uwinąć w pół dnia – (Dzięki Marta za pomoc J )

W sobotę przestawiłem się do Mariny Delphia, z daleka widać że wioska regatowa tętni życiem. Dopływając już widziałem znajome twarze z poprzednich  regat, cumy odebrali Piotrek, Kuba  i Jacek (czyli Hadron, Buzzi i Quick) – zacumowałem w doborowym towarzystwie. Zaczął się wir wydarzeń, najpierw było szkolenie – pogadanka z zasad bezpieczeństwa – prowadzone przez Radka Kowalczyka – Radek podzielił się swoimi doświadczeniami z wielkiego świata regat na Mini, a zaraz po nim przypłynęła łódź ratunkowa SARu. Szef tej służby opowiedział nam jak wygląda ratowanie na morzu z ich strony, później oglądaliśmy z bliska łódź ratunkową ‘Wiatr’ – mam nadzieję że tylko w takich okolicznościach ją oglądam.

Jeszcze trochę przygotwań i wieczór nastał, a wraz z nim odprawa meteo, obiadokolacja, szybki drink i…  szybko spać .

 

Niedziela – dzień startu – śniadanie w wiosce, w kambuzie układam sobie po ręką kabanosiki, i inne frykasy oraz robię sobie kanapki – są pod ręką przez najbliższe 2 dni. Oficjalne otwarcie regat , pamiątkowe zdjęcie i na wodę. Powoli wszyscy się ruszają.  

Start o 1200. Na 7 minut przed startem wszyscy zawodnicy stanęli w dryf, upamiętniając Tomka Turskiego, który podobnie jak my, realizował swoje marzenia i oddał za nie życie.  Tuż po 12 mijaliśmy linie startu obierając kurs na Gotlandię. Wszyscy w grupie – pełny bajdewind – słońce …jedziemy. Przez pierwszą połowę trasy zapowiadany bajdewind ponad 15 kt. Wspaniała żegluga – ulubiony wiatr Skotchka – dzielnie trzymamy się całej grupy. Niestety po kilku godzinach w miarę jazdy na północ – wiatr słabnie – a nasza prędkość wraz z nim. Niestety – lżejsze i dłuższe jednostki oddalają się na północ,  a my człapiemy L . Przed samą TSS – czyli autostradą statkową na południu Gotlandii wpadam w kompletną ciszę. Dwie godziny czekam przed ‘routą’ na jakiś podmuch wiatru. Przeskakuję na jakiś szczątkowych podmuchach jeden kierunek ‘ruty’ i znowu cisza – stoję między dwoma pasmami TSS – statki w jedną i druga stronę prują,  a ja się kiwam jak ta … bojka …

W końcu nad ranem  zaczyna lekko dmuchać z NE, a ja mozolnie pnę wzdłuż wyspy na północ. Wszyscy odjechali,  a  ja zwiedzam brzegi Gotlandii – cała nadzieja, że pod pasmami chmur więcej wieje, dużo ręcznego sterowania, aby wykorzystać jak najwięcej wiatru.   Lubię jechać wśród bezludnych krańców północnej Gotlandii – świeci słońce, a do boi coraz bliżej. Dotacie do boi zwrotnej Salvorev zajmuje mi prawie dwie doby – mijam ją w ciemną noc, księżyc jeszcze się nie pojawił, więc niebo jest usłane milionem gwiazd. 

Ustawiam waypoint gdzieś pod Helem – licznik pokazuje namiar 190…odległość  204 mile… 5kt .. to daje ok. 40 godzin ..ech ..ale, teraz to już nie ma co zawracać J . Genaker w górę i jedziemy. Wieje równo z północy, Gienek jednak lubi wiatr trochę z boku, a autopilot którego nazywam „gdzie_ku..wa_płyniesz” nie lubi baksztagu – no nic, kombinujemy to z czym mamy i wychodzi, że na sobotę rano będziemy. Włączam kolejnego audiobooka i siadamy do sterowania.  W nocy słyszę jak po rosyjsku ktoś wywołuje moją pozycję – udaję że nie rozumiem i się nie odzywam. Koło południa mijam jakiś rozpadający się okręt wojenny, przelatuje helikopter bojowy, a następnie podpływa jakiś nowoczesny okręt i słyszę: „vessel on position 55… – this is Russian Warship please report” , ale po krótkiej gadce słyszę „You are clear” – „ok bye have good watch” – jedziemy dalej …

Następnej nocy przy zwrocie genaker zawija się dookoła sztagu – zrzucam go mozolnie i porządkuje bałagan – zabawa w ‘zwrot’ zajmuje mi z 1,5 godziny – obrażam się na niego i  do rana jadę 0,5 kt wolniej na foku. Rano jednak genaker w górę i jedziemy ..do Helu zostało 40 mil. Wiatr zmienia na się powoli na bajdewind SW , powoli odzywa się Witowo Radio, i Straż graniczna – coraz bliżej mety. Niedaleko Helu widzę już 23 kt wiatru więc szybki ref na grocie – którego zdejmuję po dwóch godzinach. Koło Helu łącze się z Zimorodkiem i Trygławem którzy akurat  kończą ClassiC Cup’a …wszędzie są przyjaciele.  Pędzę do boi GW, ciemna noc, a wokoło rozświetlona zatoka, płyną statki swoimi dróżkami, w żaglach ostry bajdewind… uwielbiam Zatokę ciemną nocą.  O 22.18 w asyście motorówki Delphi mijam linię mety … skończyłem samotnie tak długą trasę – duża satysfakcja koniec – ponad 500 Mm – razem ze Skotchkiem mam kwalifikację na OSTAR J …(ale to jeszcze nie tym razem). Zwijam żagle i płynę do mariny. Wpływam do basenu, a tu słyszę z Nautiki ulubione „Smoke on the Water” – zupełnie zapomniałem że mogliśmy zamówić piosenkę na powitanie w marinie… czekają przyjaciele – gratulują, pomagają w cumowaniu  – te momenty zostają w pamięci na zawsze.  Powitanie ostatniej załogi kończy regaty…  ale tak naprawdę ich nikt nie chce skończyć, opróżnianie baryłki z Quicka ciągnie się do 4 rano. 

 

Sobota mija na sprzątaniu jachtu (dzięki Magda za pomoc) i wioski regatowej. W niedzielę już definitywny koniec – przestawiam się do NCŻ i Skotchek idzie spać.

Cieszę się że znowu wziąłem udział w Bitwie, najlepszy wiatr wiał co prawda tylko na początku ale i tak było fajnie. Męcząca żegluga z ogromną satysfakcją na mecie, podobnie jak we wspinaczce satysfakcja jest na końcu drogi.   Jeszcze jedna rzecz jest niesamowita – doping całej rzeszy znajomych, wszyscy patrzą w tracking i kibicują , wracam i okazuje się że w pracy wszyscy codziennie zaglądali na stronę yellow bricka – to naprawdę daje kopa. Następne takie emocje za rok, trzeba się zastanowić nad większym żaglem przednim na przyszły rok i już myśleć o następnej Bitwie.

Ogromne podziękowania dla Organizatorów którzy jak zwykle zapewnili super imprezę i klimat na który z utęsknieniem będę czekał cały rok.

Honorata, Dobrochna, Jacek, Krystian, Tomek, Radek – Dzięki.

Podziękowania dla jachtów osłonowych i ich załóg – Delphia V, Fujimo i Filmar IV  

Tomek Ładyko